|
 |
Wywiady
"GRAM
NA FORTEPIANIE,
BO NIE WYOBRAŻAM SOBIE ŻYCIA BEZ TEGO..."
Z Ewą Pobłocką rozmawiał Bronisław Tumiłowicz:
B.T:
Jaką radę można dać początkującym pianistom marzącym o karierze?
E.P: To bardzo trudne pytanie,
bo często jest tak, że ktoś gra pięknie, wręcz wspaniale,
a nie osiąga wielkiego rozgłosu. Kariera, sława, pieniądze - to wszystko
zdobywa się według innych reguł. Mogłabym nawet powiedzieć, że są tacy,
którzy grają przeciętnie a mimo to robią kariery.
Ale ocena to rzecz gustu.
B.T: Nie
ma jednoznacznych kryteriów dla oceny pianisty?
E.P: Każdy ma własne kryteria.
Słucham czyjejś gry i mam wiele zastrzeżeń, ale widzę,
że ludzie w około są zachwyceni, bo kierują się opinią narzuconą przez
recenzentów, przez poprzedzający artystę rozgłos. Taka fama na mnie kompletnie
nie działa. Chciałabym być poruszona czyjąś grą, a to się zdarza nieczęsto.
Nie wystarczy tylko świetnie, bardzo sprawnie i czysto wykonywać nuty
zawarte w partyturze, trzeba jeszcze coś ważnego słuchaczom przekazać.
B.T:
Co konkretnie?
E.P: Coś własnego, prawdziwe
emocje, nastrój, myśl, którą manifestuje pięknie zbudowana forma. To trudno
wyrazić.
B.T: Pani zdanie
w tej kwestii byłoby szczególnie wiarygodne i kompetentne, bo jest jedną
z nielicznych koncertujących pianistek, do tego jeszcze pedagogiem, który
chodzi na koncerty i słucha innych wykonawców.
E.P: To przesada, bywam
dużo mniej, niż bym chciała. Rzadko mam taką okazję, a jak się gdzieś
pojawiam, to jako osoba publiczna budzę zainteresowanie. Uważam jednak,
że słuchanie innych może być inspirujące. Zwłaszcza lubię koncerty wokalistów,
bo pianiści powinni brać z nich przykład kształtując dźwięk wydobywany
z instrumentu i prowadząc frazę. Fortepian powinien śpiewać a nie zachowywać
się jak instrument perkusyjny.
B.T: Dlaczego
mieszkając w Warszawie jest Pani profesorem bydgoskiej Akademii Muzycznej
a nie w stolicy?
-E.P:
W Warszawie nikt mi takiej pracy nie zaproponował, choć starałam się
kilka razy.W Bydgoszczy natomiast, gdzie pracuje mój profesor Jerzy Sulikowski,
okazano mi zainteresowanie. Uczenie innych to kontynuacja mojej pracy
estradowej, nie tylko chęć przekazania innym swojej wiedzy i doświadczenia
ale także motywacja do dalszego, ciągłego uczenia się.
B.T:
Jaką zasadą kieruje się Pani względem studentów?
E.P:
Jestem jeszcze wciąż początkującym pedagogiem, ale zauważyłam już że
uczeń czy student zbyt często poddawany jest różnych zakazom i nakazom,
tymczasem one bardzo skutecznie zabijają w młodym człowieku to, co być
może ma on do powiedzenia od siebie. Rośnie z niego grzeczny wykonawca
czyichś rad, a nie dojrzały artysta. Oczywiście profesor powinien oceniać
grę ucznia, ale nie narzucać mu swej woli, nie poprawiać go aż do znudzenia,
aby przyjął naszą wersję wykonywania jakiegoś utworu. Zagrać naszą wersję
to zagrać poprawnie. Niestety na uczelniach zbyt często panuje przekonanie,
że im poprawniej, tym lepiej. Tymczasem fakt, że ktoś świetnie technicznie
gra, jest utytułowany, wcale nie oznacza, że chce się go słuchać. Zdarzało
mi się skonstatować, że ktoś gra wspaniale, ale nie wiadomo kompletnie
po co.
Takie mam też przemyślenia z niedawnego konkursu pianistycznego z Pretorii,
gdzie byłam jurorem. Wszyscy uczestnicy, a było ich 32, grali świetnie,
wspaniale. Na szczęście zwyciężył Amerykanin, który okazał się prawdziwym
muzykiem. Nie grał jak student, nie był tylko poprawny.
B.T:
Czym szczególnie zachwycił?
E.P:
W finale grał IV Koncert Beethovena, a więc utwór, którym trudno konkurs
zwyciężyć.
On tego dokonał. Najważniejszy był moim zdaniem jego dźwięk, śpiewny,
niemal operowy. Wiele potrafił nim przekazać.
B.T:
Nie wszystko co napisano na fortepian jest śpiewne i
posiada ładnie zarysowane frazy. Zdarza się, że dźwięki następują po
sobie ostro, gwałtownie, perkusyjnie. Choćby w początkowych taktach
dedykowanego Pani Koncertu fortepianowego Pawła Szymańskiego, będącego
jakby nawiązaniem do muzyki Bacha.
E.P:
Ależ Bacha też można śpiewać, choć to inny śpiew niż u Rachmaninowa
czy Mozarta. Paradoksalnie powiem, że w modelach dźwiękowych Szymańskiego
wyraźnie do Bacha nawiązujących elementy śpiewu również istnieją. Mamy
tutaj reminiscencje barokowego rytmu, harmonii zwłaszcza w skomplikowanych
strukturach dźwiękowych, które w kadencjach znajdują swoje wspaniałe
rozwiązanie.
B.T:
Czy pracując nad nowym utworem przykłada Pani uwagę
tylko do śpiewności frazy?
E.P:
Ogromnie ważna jest także konstrukcja dzieła, zrozumienie jego formy.
Ostatnio pracowałam intensywnie nad Nokturnami Gabriela Faure. Goniły
mnie terminy a forma tych kompozycji wciąż wydawała mi się jakaś nieokreślona,
niezrozumiała. Dopiero, kiedy udało mi się wniknąć w konstrukcję tych
dzieł praca ruszyła z miejsca.
B.T:
W Pani artystycznej biografii znajdujemy wiele muzycznych
specjalności. Są interpretacje Chopina, które towarzyszą nam od zwieńczonego
jedną z głównych nagród Konkursu Chopinowskiego w roku 1980, jest Jan
Sebastian Bach, jest muzyka współczesna i kameralistyka, w tym towarzyszenie przy fortepianie najwybitniejszym
polskim śpiewakom. Czym uzupełniłaby Pani ten katalog?
E.P:
Wspomniałabym o Mozarcie i o Schubercie, których znaczenie dla mnie
jest szczególne. Pierwszy jako twórca muzyki wyrastającej z idiomu wokalnego
operowego, drugi z idiomu wokalnego pieśniowego o niezwykłej intensywności
emocji a jednocześnie jakiegoś mistycznego wyciszenia.
B.T:
Zacznijmy jednak od Chopina, bez którego żaden polski
pianista właściwie nie istnieje. Czy nie sądzi Pani, że tutaj poprzeczka
wymagań artystycznych została postawiona najwyżej?
E.P:
Z pewnością coś w tym jest, skoro młodzi pianiści z całego świata występujący
na zagranicznych konkursach bardzo mało grają Chopina. Choć jego utwory
należą zwykle do podstawowego zestawu utworów romantycznych, wolą jednak
np. Liszta, który daje możliwość popisu, można go grać efektownie, szybko
i głośno, drobne błędy techniczne są niezauważane a za kaskadą dźwięków
można ukryć miałkość artystyczną. Tymczasem gdy ktoś wykona mało precyzyjnie
choćby kilka taktów Chopina i nie bardzo wie co tak naprawdę gra, natychmiast
wzbudza to ostrą krytykę oceniających. Pianista zostaje "zdemaskowany".
B.T: Co
jest tego powodem?
E.P:
Sama muzyka stawia tak wysokie wymagania. Chopin jest bardzo trudny,
bo pożąda pięknego, śpiewnego dźwięku, jednak bardzo zróżnicowanego,
co uwydatnia się nie tylko
w wielkich formach, ale także w miniaturach. Chopin wymaga umiejętności
stosowania rubata a także wielkiej wrażliwości i lekkości, co nie znaczy,
że trzeba go grać bardzo cicho, małym dźwiękiem bo są fragmenty gdzie
można się popisać wielkim, dramatycznym rozmachem. Wymaga wrażliwości,
świeżości i naturalności a zarazem perfekcyjnego przygotowania technicznego.
B.T:
Czy nie sądzi Pani, że tylko u nas w Polsce stawia się
przed wykonawcami dzieł Chopina tak wysokie, skomplikowane a czasami
nawet wzajemnie sprzeczne wymagania?
E.P:
W Polsce Chopin jest zamknięty w złotej klatce i chyba zbyt wielu daje
się w niej zatrzasnąć np. startując w organizowanych co 5 lat Międzynarodowych
Konkursach Chopinowskich. Zapewne warto by wpuścić do tej klatki trochę
świeżego powietrza.
Chodzi mi o dopuszczenie większej swobody, fantazji i różnorodności
interpretacji.
B.T:
Kto mógłby być Pani zdaniem wzorem natchnionego wykonawstwa
muzyki Chopina?
E.P:
Ciągle wracam do nagrań Artura Rubinsteina. Czegokolwiek byśmy nie posłuchali
w jego wykonaniu, będziemy usatysfakcjonowani trafnością interpretacji
charakteru chopinowskiej muzyki. Rubinstein grał Polonezy tak, jak je
Chopin skomponował, maestoso, a zarazem, jakby sam je chciał zatańczyć,
w jego Mazurkach skrzą się kolory i różnorodność nastrojów, Walce są
pełne elegancji, dowcipu i salonowego stylu brillant. Rozumiem jednak
tych, którzy szukając w wykonawstwie ekstrawagancji, nie przepadają
za nim.
Rubinsteinowi udało się osiągnąć trudną do uchwycenia absolutną naturalność
w wykonywaniu Chopina, podczas gdy jego naśladowcy zwykle coś "kombinują".
B.T:
A czy jest jakaś inna niż naśladowanie metoda wyboru
interpretacji?
E.P:
Ideałem byłoby nauczyć się muzyki zgodnie z zapisem w partyturze, doskonale
wszystko wyćwiczyć technicznie, a następnie zapomnieć o nabytych nawykach
i radach interpretacyjnych. Albo inaczej - gdyby pianista miał taki
warsztat, że mógłby grać nowy utwór a vista, całkiem na świeżo, uniknąłby
różnych mielizn, które nabywa się podczas długiego ćwiczenia. Taka droga
jest jednak bardzo trudna. Młodzi pianiści szukają wzorcowej interpretacji
na kursach mistrzowskich i potem próbują z różnych propozycji interpretacyjnych
pedagogów o często odmiennej estetyce ułożyć jakiś własny obraz. Podobnie
postępują słuchając nagrań sławnych mistrzów i tworząc własną interpretację
na zasadzie mozaiki. Np. początek biorą od Horowitza, środek od Perahii
itd. Ale wtedy dopiero widać, że nic do siebie nie pasuje.
B.T:
Trzeba umieć korzystać z wzorów?
E.P:
Rzecz w tym, że w sztuce niczego nie da się podrobić, nawet siebie nie
można naśladować, aby rzecz nie stała się banalna i rutynowa. Z doświadczenia
koncertowego wiem, że jeśli się gra na tournee ten sam utwór wielokrotnie,
to ostatnie koncerty , choć wszystko wydaje się perfekcyjnie wyćwiczone,
są zagrożone stoczeniem się w rutynę.
Zdarza się że przed ostatnimi występami proszę o próbę z orkiestrą,
aby zastanowić się nad interpretacją i nie powielać tego, co było w
dniach poprzednich.
B.T:
A co z ćwiczeniem? Czy można osiągnąć wysoką formę robiąc
przerwy, nie dotykając przez kilka dni instrumentu?
E.P:
To jest niemożliwe. Oczywiście ilość godzin poświęconych na ćwiczenie
palców jest sprawą indywidualną, zależy też od rodzaju repertuaru jaki
się przygotowuje lub odtwarza. Inaczej wygląda sprawa na tournee, kiedy
artysta właściwie nie ma stałego kontaktu
z instrumentem, jak w domu czy w szkole. A do tego daje o sobie znać
zmęczenie i rutyna. Ale nie można nie ćwiczyć codziennie. Groźna jest
również przesada w drugą stronę, bo uporczywe, przesadne ćwiczenia dla
uzyskania określonego efektu zabija spontaniczność
i wrażliwość.
B.T:
Przed młodym artystą piętrzą się więc liczne problemy,
których nie da się pokonać nawet najlepiej przygotowaną kampanią medialną
i promocyjną.
E.P:
Współczesny młody muzyk jest ze wszystkich stron bombardowany różnymi
wiadomościami i z tego nadmiaru musi coś wybrać, a dodatkowo narzuca
mu się nieustanny pośpiech, bo inni też starają się zająć dobre miejsce
na rynku. Trzeba na przekór tym wszystkim komunikatom i pokusom usiąść
spokojnie i zastanowić się nad muzyką, albo pójść na spacer, coś sobie
zanucić, zaśpiewać. Skupić się na czymś, co daje poczucie siły
i odrębności, co wycisza. Wspomniałam o Schubercie, który być może jest
jedynym sposobem na wyciszenie, choć na to też trzeba mieć czas.
B.T:
I tu przydają się mądre rady doświadczonego artysty
-praktyka. Jaką drogę należy wybrać na początek kariery artystycznej?
E.P:
To są sprawy indywidualne, ale tradycyjny sposób na karierę - uczestniczenie
co roku w międzynarodowych konkursach- nie wydaje mi się szczególnie
obiecujące, zwłaszcza jeśli stanie się nawykiem. Obserwuję młodych ludzi,
którzy od kilkunastu lat jeżdżą od miasta do miasta i startują w konkursach
muzycznych, co staje się ich drugim zawodem. Zastanawiam się jak długo
będą prowadzić takie życie - do 30-tki czy dłużej. I czy w ogóle zależy
im na muzyce? Czego się spodziewają po konkursach? Czy będą po nich
lepsi?
B.T:
A Pani co myślała będąc na ich miejscu?
E.P:
Wzięłam udział w kilku konkursach, ale gram na fortepianie, bo nie wyobrażam
sobie życia bez tego. Z pewnością grałabym i bez tych nagród, które
udało mi się zdobyć.
B.T:
W przyszłym roku odbędzie się w Warszawie kolejny Międzynarodowy
Konkurs Pianistyczny im. Chopina. Co by Pani doradziła owianemu sławą
"cudownego dziecka" Stasiowi Drzewieckiemu, który jako już
pełnoletni stanie przed wyborem - startować czy sobie odpuścić?
E.P:
To trudne pytanie, a ja grającego Stasia nie słyszałam nigdy na żywo.
Myślę jednak,
że jeśli ktoś już, tak jak on, zapracował na swoją publiczność, ma kontakty
koncertowe i może prowadzić bogatą działalność artystyczną, co nie jest
dane jego rówieśnikom, to nie musi koniecznie potwierdzać swojej klasy
na konkursie. Ponadto jest on w tej szczęśliwej sytuacji, że otaczają
go troskliwą opieką rodzice, którzy są znakomitymi fachowcami. Trudno
sobie wyobrazić lepszego doradcę niż jego mama, Tatiana Szebanowa.
B.T:
Patrząc z polskiej perspektywy Chopin to fortepian,
a fortepian to Chopin. Idealna muzyka na ten instrument została napisana
przez genialnego pianistę. Gdyby on sam nie grał muzyka być może nie
zdobyłaby całego świata?
E.P:
To, że Chopinowi muzyka sama wychodziła spod palców rozumie każdy pianista,
bo ma wszystko pod ręką. Jego Scherza, Etiudy czy Polonezy nie są łatwe
do wykonania, ale kiedy się już ich nauczymy wszystko brzmi jak należy.
Uczucie, że kompozytor znał się na technice pianistycznej towarzyszy
nam także w przypadku wykonywania innych dzieł "tytanów fortepianu",
np. Schumanna, Liszta. Z kolei np. utwory fortepianowe Antonina Dworzaka
sprawiają pianiście ogromne trudności, i jest oczywiste, że kompozytor
sam tego nie wykonywał.
B.T:
A co muzyką współczesną na fortepian?
E.P:
Kwalifikacje pianistyczne są również widoczne jak na dłoni, np. u Witolda
Lutosławskiego czy Andrzeja Panufnika. Koncert fortepianowy Lutosławskiego
jest nie tylko znakomitą muzyką, ale jest też świetnie pianistycznie
napisany, a to ogromnie ułatwia wykonawcy pokonanie piętrzących się
trudności interpretacyjnych, ułatwia współtworzenie realizacji utworu
wraz z dyrygentem i orkiestrą.
B.T:
Czy epoka tzw. wielkiej pianistyki odchodzi do przeszłości?
Czy współcześni kompozytorzy nie tworzą już wspaniałych dzieł?
E.P:
Nasze lęki, że coś się kończy już nie raz okazywały się fałszywym alarmem.
Kilkanaście lat temu głoszono, np. że publiczność przestała chodzić
do oper, a dziś opera żyje i ma się dobrze. Muzyka fortepianowa nadal
powstaje i są to nierzadko dzieła bardzo ciekawe, czasem wybitne. Zainteresowanie
nie maleje tylko rośnie. Powstały w ostatnich latach wspaniałe utwory
Gyeorgy Ligetiego, Franscois -Bernarda Mache, Thomasa Ady'e, Arvo Paerta,
Alfreda Sznitke. W Polsce nowe Koncerty fortepianowe skomponował Penderecki,
Kilar. Pamiętam wspaniałe przyjęcie prawykonywanego przeze mnie i dedykowanemu
mi Koncertu Fortepianowego Pawła Mykietyna. Wiem, że kolejny współczesny
twórca nosi się
z zamiarem napisania Koncertu na fortepian. Polscy kompozytorzy wybijają
się wyraźnie w dziedzinie współczesnej pianistyki, a proces ten zapoczątkował
Karol Szymanowski, który swoją IV Symfonią koncertującą zdobył uznanie
na całym świecie.
B.T:
Co czuje muzyk, któremu powierzono pierwsze wykonanie
nowego dzieła?
E.P:
To jest kapitalne uczucie - świadomość, że się gra coś po raz pierwszy.
Towarzyszy temu szalona odpowiedzialność za los dzieła i pierwszą reakcję
publiczności. A często od tego pierwszego przyjęcia zależy czy utwór
czekają dalsze wykonania, czy też zostanie już na początku swej drogi
osądzony i skazany. Mam wielką satysfakcję, że prawykonanie Koncertu
fortepianowego Pawła Szymańskiego, które odbyło się w Paryżu w lutym
1995 roku w La Salle Olivier Messiaen w budynku Radio France pod dyrekcją
Antoniego Wita, wywołało zachwyt publiczności.
B.T:
Ale przecież nie każdy utwór współczesny wywołuje żywiołowe
i pozytywne reakcje. Bardzo często jest to chłód, rezerwa, zdawkowe
oklaski.
E.P: Jeśli utwór jest
słaby, publiczności nie da się oszukać. Ale przecież zawsze tak było
i nasza epoka nie wiele różni się od poprzednich. Utworów nieciekawych,
miernych po prostu nie gram.
B.T:
Współczesne media potrafią jednak bardzo sprawnie oszukiwać
publiczność.
Nie odnosi Pani takiego wrażenia?
E.P:
Nie w każdym przypadku się to udaje. Jest mnóstwo medialnego szumu ale
w ostatecznym rozrachunku sukcesy przy lansowaniu czegoś słabego są
tylko doraźne.
Rzeczywisty sukces w tej dziedzinie jest rezultatem rzeczywistej wartości.
Dla przykładu Kwartet Śląski nie utrzymałby przez tyle lat najwyższej
pozycji, gdyby nie był rzeczywiście znakomitym zespołem.
B.T:
Dziś podobno można wylansować nawet uzdolnioną małpę,
jeśli się o niej dużo mówi
i produkuje nagrania w milionach egzemplarzy.
E.P:
Te miliony płyt świadczyć mogą przez krótki czas o spektakularnym sukcesie,
w przyszłości stać się mogą dowodem wstydliwej mistyfikacji. Nie kupuję
wcale płyt, o których się dużo mówi. Wybieram raczej takie pozycje repertuarowe,
których dotąd nie poznałam, interpretacje, o których chciałabym się
dowiedzieć czegoś więcej. Chętnie też porównuję różne wykonania tych
samych utworów, bo to może być inspirujące.
B.T:
Jakich studentów lubi Pani najbardziej, krnąbrnych czy
posłusznych?
E.P:
Bardzo trudno jest uczyć tych najzdolniejszych i najbardziej utalentowanych.
W takich przypadkach nie wolno przeszkadzać w rozwoju osobowości. Należy
powiedzieć co się wie, ale zostawić im możliwość wyboru własnej drogi,
niczego im nie narzucać siłą. Tymczasem tacy ludzie na studiach zbierają
najwięcej krytyki. Praca z przeciętnie uzdolnionym pianistą jest z pozoru
bardziej wydajna. Student przyjmuje wszystkie uwagi, można go kształtować
jak woskową figurkę. Jeśli coś mu nie wychodzi to każe się ćwiczyć,
trenować i powtarzać po 10 razy to samo, aż wreszcie zagra tak, jak
sobie wyobraziliśmy. Tymczasem prawdziwy muzyk nie ma grać mnie, ma
grać siebie. Mniejsza indywidualność czeka na gotowe recepty, student
wybitny wie, że musi sam podejmować decyzje.
B.T:
Jaki jest Pani zdaniem ideał pedagoga?
E.P:
To jest ktoś obdarzony charyzmatem, o wielkiej kulturze osobistej i
erudycji, kto absolutnie wszystko potrafi pokazać i zagrać na fortepianie,
prowadzi też czynną działalność koncertową. Wtedy jest wiarygodny i
najlepiej się porozumiewa z uczniem. Miałam przez parę lat znakomitego
profesora. Nazywał się Conrad Hansen, który był asystentem Edwina Fishera.
Z równą łatwością grał Berga, co Bacha, Czajkowskiego, Beethovena i
Brahmsa. Koncerty fortepianowe tych ostatnich grał z Wilhelmem Furtwänglerem.
Czyż można wierzyć nauczycielowi, który tylko mówi, jak należy grać
na fortepianie?
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Bronisław Tumiłowicz
Warszawa, 2004
|