PL | EN
Ewa Pobłocka

 

Ewa Pobłocka… o tym, o co nigdy nikt mnie nie zapytał…


Jedyne miejsce na ziemi?

Gdańsk-Oliwa, bo brzeg morza, lasy i wzgórza morenowe, widok z wykusza na Kwietnej, piaszczyste dukty.


Oprócz muzyki interesuje mnie…

Poszukiwanie odpowiedzi na temat sensu sztuki i znalezienie „obiektywnej” definicji piękna. Czym jest sztuka? Moim zdaniem, powinna wyzwalać emocje, wzruszać, budzić zachwyt, ale ma też sprawiać, że czujemy się piękniejsi, bo wzbogaceni pięknem.


Najpiękniejsze miejsca – podróże?

Malta, bo słońce, piękna architektura i mimo, że to wyspa – poczucie nieograniczenia!

Szkocja, bo surowa, podobnie Norwegia, ale cudowne krajobrazy…

Kolumbia, bo ma w sobie energię, podobnie jak ludzie z Ameryki Południowej.

Wenecja, bo jesienią „pełna mgieł”, kościół na Torcello, a w nim posadzki.

Chiny, bo najbardziej interesujące zetknięcie z zupełnie inną kulturą.

Wietnam, bo to azjatycka Italia.

Skandynawia, bo surowość natury, specjalne światło, umiejętność kreowania nastroju (świece!).

Kaszuby, Kamienne Kręgi, bo jest tam cisza i magia.

Przemyśl i widok z Kalwarii Pacławskiej na stronę Ukrainy.


Marzenia podróżnicze, dotąd niespełnione?

Meksyk i Wyspy Szetlandzkie.


Skąd biorą się inspiracje?

Są to chwile, nieuchwytne, lecz zapamiętywane, często powodowane „genius loci” miejsc, w których się przebywa, gra, słucha, ogląda… Widok z okna, pojedyncze linijki, czy wręcz tylko zderzenie słów w wierszu, powiew morskiej bryzy, kolor chmur podczas zachodu słońca.


Najważniejsze, najbardziej zapamiętane koncerty i dlaczego?

Najbardziej zapamiętane to te, w czasie których miałam wrażenie, że wykonywane utwory sama komponowałam podczas wykonania i te, kiedy czułam porozumienie z publicznością. Nie były to wcale „Te” najważniejsze w świecie sale koncertowe, w których przecież grywałam – z tych pamiętam wielki stres i jakiś wewnętrzny nakaz „muszę!” Oczywiście, zdarzały się wyjątki, takie jak pierwszy występ na Warszawskiej Jesieni z koncertem Andrzeja Panufnika w 1990 roku w Sali Filharmonii Narodowej w Warszawie, czy recital z Ewą Podleś w Filadelfii, gdzie już po pierwszej części koncertu, po wykonaniu  Kantaty Haydna „Ariadna na Naxos” była owacja na stojąco, czy recital w Herkulessaal w Monachium, kiedy tuż po „Wariacjach” Bacha czułam, że publiczność słucha, idzie za mną…

Te inne zapamiętane koncerty to Winchester w Wielkiej Brytanii, kiedy podczas wykonywania Schuberta nagle rozległ się nieopanowany ptasi chór i gdzie przez okna dochodził zapach świeżo skoszonej trawy. Także Białystok – sala Pałacu Branickich z Olgą Pasiecznik – wykonywałyśmy „Pieśni” Duparca o śmierci. Napięcie wśród publiczności, a raczej niewidzialna nić, łącząca nas wykonawców ze słuchaczami była nieprawdopodobna!

Ostatnio – recital w Palmiarni w Gliwicach – pośród bujnej zieleni, w wilgotności około 90% prawie nie widząc publiczności, ukrytej dosłownie w buszu – czułam jej oddech i zachłanność na muzykę.

Pierwszy recital Bachowski w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Recital Bachowski w Wielki Piątek, w Muzeum Etnograficznym w Pruszkowie, kiedy poprosiłam o nieklaskanie. Był tylko Bach i razem z ostatnim akordem zgasły światła. Chciałam, żeby każdy wyszedł z koncertu tylko z muzyką w duszy.

Pierwszy koncert pod dyrekcją Witolda Lutosławskiego w Filharmonii Śląskiej w Katowicach – grany z poczuciem „nie zepsuć kompozytorowi jego utworu”.

Koncert Lutosławskiego, wykonany na 100 lecie Filharmonii Narodowej pod dyrekcją Kazimierza Korda, kiedy liczyła się naprawdę tylko muzyka. Odczuwałam życzliwość sali, skupienie muzyków w orkiestrze.

Koncerty w Petersburgu – bo tam jest specjalna publiczność, wykształcona i spragniona muzyki, no i te kwiaty otrzymywane od zupełnie nieznajomych słuchaczy na widowni.

Koncert w Użhorodzie (Ukraina) – w przepięknej synagodze, przerobionej na salę kinową, z cudowną akustyką, gdzie zaczynałam recital przy połowie Sali, a w miarę mojego grania (dzięki telefonom komórkowym!) publiczności przybywało, żeby na zakończenie zgotować mi autentyczną owację za Bacha, Mozarta, Chopina i Panufnika.

Wreszcie koncert w Teatrze Champs-Élysées, gdzie wystąpiłam z Kwartetem Śląskim – w zastępstwie z dnia na dzień – wykonując w wersji kameralnej Koncert f… Chopina. Czułam życzliwość, zrozumienie dla mojego Chopina. Atmosfera była tak szczególna, że odważyłam się bisować całą druga część utworu.

Koncerty kameralne z Dang Thai Sonem – kiedy liczyło się tylko muzykowanie. Nieważna była suknia, ani stołek od fortepianu. Tylko stopić się z dźwiękiem…. I zagrać Mozarta jak Mozarta, Chopina jak Chopina i Schuberta jak Schuberta.


A dyrygenci?

Z niesłychaną życzliwością, wręcz miłością myślę o czterech. Każdy inny, każdy jakoś mnie „naznaczył”.

Kazimierz Kord, z którym zagrałam najwięcej koncertów i, co najmniej, połowę swojego repertuaru z orkiestrą (Bach, Mozart, Chopin, Ravel, Saint-Säens, Grieg, Panufnik, Lutosławski, Szymański) i który nauczył mnie, jak grać i jak nagrywać z orkiestrą, jak słuchać muzyki, jak oceniać samą siebie i jak „żyć” podczas kilkutygodniowych tournée.

Jerzy Maksymiuk, dzięki któremu dowiedziałam się, jak pracować nad muzyką współczesną (lekcje do koncertów Lutosławskiego przez telefon z Glasgow), a także dzięki któremu przekonałam się, że wykonanie nie musi być starannie zaplanowane, a raczej należy poddawać się chwili. Zawsze fascynował mnie stosunek J. Maksymiuka do muzyków w orkiestrze i jego dbałość o brzmienie – w koncercie Mozarta nie stroił akordów żeby były czyste, raczej właśnie wskazywał na wzajemne słuchanie – żeby brzmiało.

Wojciech Michniewski, z którym zagrałam pierwszy swój zagraniczny koncert symfoniczny w Karlowych Varach i … , z którym pierwszy raz (i wiele następnych) wykonałam koncert A. Panufnika, który poświęcał mi czas na próby i na rozmowy o utworach.

Henryk Czyż, z którym w pracy zetknęłam się tylko raz, nagrywając I Koncert Beethovena i który sprawił, że granie nie było pracą, a raczej przyjemnością. Nie waham się powiedzieć, że zaraził mnie pewną swoją „lekkością bytu”, niepozbawioną jednak dyscypliny.

 

Ulubieni pianiści i inni muzycy?

Radu Lupu, Martha Argerich, Władimir Sofronicki, Artur Rubinstein, Ella Fitzgerald, Leonard Bernstein, Emma Kirkby, Maria Callas.


Ulubieni malarze, pisarze, kompozytorzy, ulubione filmy, muzea?

Malarze: Rembrandt, Tycjan, Vermeer.

Pisarze: V. Nabokov, G. G. Marquez, P. Huelle, T. Mann, A. Czechow, R. M. Rilke, K. Iłłakowiczówna.

Książka: R. Rolland „Colas Breugnon” – bo nauczyła mnie autentycznego optymizmu i radości życia.

Kompozytorzy: Bach, bo każda nuta na chwałę Pana i optymizm nawet w Trauer Ode, Schubert, bo smutek i wzruszenie…

Filmy: „Uczta Babette” w reż. Gabriela Axela, „Wszystkie poranki świata” w reż. Alaina Corneau, „Panny z Wilka” w reż. Andrzeja Wajdy, „Tajemniczy ogród” w reż. Agnieszki Holland, „Jaskinia zapomnianych snów” w reż. Wernera Herzoga, „Fitzcarraldo” w reż. Wernera Herzoga, „Dzień szakala” w reż. Freda Zinnemanna.

Muzea: Prado, ze względu na przestrzeń dla eksponowania rzeźb, Musée d’Orsay – zwłaszcza wystawa sztuki użytkowej, Ermitaż, bo jest tam prawie wszystko, Muzeum Sztuki Współczesnej w Tokio.


Dlaczego czasem piszę – w tym ten wywiad ze sobą samą?

Żeby podzielić się z kimś swoimi przeżyciami, spostrzeżeniami, zachwytem i także zadać pytania ewentualnemu czytelnikowi, na które wciąż szukam odpowiedzi, podkreślam jednak, że najważniejsze jest samo poszukiwanie, wędrówka…


Dlaczego czasem piekę ciasto?

Bo wtedy pachnie domem, bo przypominam sobie swoje młode lata, kiedy wracając do domu Rodziców zawsze zastawałam na stole szarlotkę upieczoną przez mojego Tatę. Zawsze czułam, że ktoś na mnie czeka.


Ulubiona kuchnia?

Kuchnia Neli – książka kucharska napisana przez Anielę Rubinstein oraz kuchnia włoska.


Kto i dlaczego wywarł wpływ na moją osobowość, jako człowiek i artysta?

Mama – bo wymagała ode mnie nieustannych poszukiwań w muzyce i pracy nad sobą.

Tata – bo nauczył mnie systematycznie pracować i dyscypliny.

Jerzy Sulikowski – bo nauczył mnie grać na instrumencie i odkrył moje zainteresowania muzyczne, odpowiadające mojej muzykalności.

Jadwiga Sukienicka – bo nauczyła mnie dbałości o szczegół i poszukiwania lekkości.

Mąż, Stanisław Leszczyński – bo ukształtował mój gust muzyczny, wskazał na konieczność dążenia do prawdy artystycznej i poszerzył horyzonty (wykonawstwo historyczne, style wykonawcze, znajomość światowej dyskografii).

Marek Moś – nauczył mnie czytać nuty i zauważać wszystkie detale, jak współczesny „człowiek renesansu” w pewnym sensie kształtował moje spojrzenie na muzykę, ale także jako głęboko myślący humanista, stosunki międzyludzkie.

Kazimierz Kord – swoją wiarą w moje możliwości nieustannie mobilizował do wszelkiego działania.

Andrzej Chłopecki – bo otworzył przede mną karty muzyki współczesnej.

Kompozytorzy, z którymi dane mi było pracować i wykonywać ich utwory dla mnie pisane.
Ponieważ byli przenikliwi, nieustępliwi, mieli skrystalizowane poglądy. Zawsze byłam ciekawa, jak postrzegają otaczający nas współczesny świat – tak, jak ja, czy inaczej?


Życie – na czym polega?

W sprawach, na które mamy wpływ, życie polega na znalezieniu właściwych proporcji między pracą a odpoczynkiem, między tym, co konieczne, istotne, a tym, co mniej ważne.

Jednym słowem proporcje – jak w greckim, antycznym widzeniu świata sztuki, zwłaszcza architektury.
Żeby oddzielić pasję od życia, poświęcając mu należny czas i uwagę.

A w sprawach, na które nie mamy wpływu: cieszyć się tym, co życie przynosi dobrego i znajdować w sobie pokorę i zgodę na przyjęcie wyroków Opatrzności, pielęgnując wolę walki.

Życie jest piękne i warte przeżycia, mimo ewentualnych łez…


Kim jest artysta?

To ktoś, kto posiada, niezależnie od sytuacji życiowej, czy warunków, wolę twórczą, intuicję i zdolność ciągłego poszukiwania coraz to nowych środków wyrazu dla przekazania swoich myśli i emocji.


 …nie wspominam o rodzinie…

o to należy zapytać moje córki.


O czym marzę?

O długich nadmorskich spacerach.

O obejrzeniu prawdziwej opery lub sztuki teatralnej: bez kaloszy, basenów, burdeli, wulgaryzmów, prowokacji. Mogłaby to być grecka klasyka, z chórem i aktorem, a przede wszystkim słowem lub w przypadku opery, np. Mozarta – z muzyką na pierwszym planie.

O przestrzeganiu prawa człowieka do ciszy.